Listopadowy wyjazd do Lizbony był organizowany przez doświadczoną fotografkę z Trójmiasta, Anię Wojciechowską. Grupa 10 osób. Okazało się później, że same kobiety, zapalone fotografki-amatorki. Każda z dużym doświadczeniem, wystawami, udziałami w konkursach. Świetna grupa towarzysko. Moje fotki przy nich to zwykłe pstrykanie, ale przynajmniej wiadomo, gdzie te zdjęcia robię:). Pogoda dopisała, chwilami było aż za ciepło, bo 20-21 stopni. 









Zdjęcie puszek z sardynkami z sardynkowego sklepu. Każda inna, a drogie tak, że lepiej zrobić fotkę niż kupować. Za mniej niż 5 euro za maleńką puszkę nic się nie kupi, złota – ze 20 euro. Ale miło popatrzeć na wystawę.

Krokieciki z dorsza bardzo mi smakowały, cena tez była rozsądna.



Tuk-Tuki śmigają wszędzie w starej części Lizbony, starsze, nowsze, retro, kolorowe, ustrojone. Nie jest to droga przyjemność, choć nie skorzystaliśmy, bo lepiej się zdjęcia robi chodząc wszędzie na piechotę.










Tramwaje – nasza grupa fotografowała je co i rusz. Naprawdę, czyste wariactwo. Ja też uległam i mam kolekcję zdjęć z tramwajami.



Widoki ze wzgórz okalających Lizbonę są spektakularne, szczególnie o zachodzie słońca.

Schodząc w dół z tego tarasu widokowego Miruadoro da Graca jest cała seria nowych murali Murales Caracol da Graca „You are not alone”. Wspaniałe miejsce do robienia zdjęć i podziwiania talentu artystów.










Lizbona wieczorami jest przepiękna.



Pink Street – malutka uliczka z wiszącymi nad nią tęczowymi parasolami i różowym chodnikiem. Nocą imprezownia, w ciągu dnia pustawo, ale parasole przyjemnie się fotografuje. Stąd już bardzo blisko do dworca Cais de Sodre i na plażę.




W dzień przyjemnie jest pokręcić się po zabytkowych uliczkach Lizbony. Jednak trzeba przyznać, że jest to dość zaniedbane miasto. Przy takiej ilości turystów powinno być bardziej doinwestowane. Budynki przy głównym placu gdzie jest napis Lizbona nie są odnowione, tynk i farba się łuszczy – może to jednak wina bliskości oceany, soli i silnych wiatrów.

Jest dużo bezdomnych i żebraków w centrum miasta. Oczywiście mnóstwo knajp, kawiarni, restauracji, street food. Jest głośno od samochodów, tramwajów.

Dzielnica, w której mieszkaliśmy, zabytkowa, ulice wybrukowane kamieniem, blisko stąd wszędzie, to nocą jedna wielka impreza. W listopadzie można spać przy zamkniętych oknach, więc tak tego nie słychać, jednak nie wyobrażam sobie nocowania w tej okolicy latem. Mimo tabliczek upraszających o zachowanie ciszy im dalej w noc, tym są to bardziej pijackie krzyki, niż gwar rozmów z restauracji.

Zresztą większość kamienic nie jest wyremontowana, zdjęcia mieszkań są podkręcone na potrzeby marketingu, a w rzeczywistości standard jest bardzo niski. Można uznać, że „taki lokalny klimat” jednak wolę jak jest czysto i nie śmierdzi wszystkim co się wcześniej znalazło na ścianach i podłogach czy tapczanach.

6 dni na samą Lizbonę to zdecydowanie za długo, szczególnie, gdy nie ma planu na przewodnika, muzea, zwiedzanie, tylko robienie zdjęć wschodu słońca, zachodu słońca, odbić w kałuży, cieni czy tramwajów. Przylecieliśmy w czwartek wieczorem. Piątek był dość deszczowy. Sobota i niedziela ładne, ale ile można się kręcić w kółko od jednej foto miejscówki do drugiej albo szukać knajp. Więc w poniedziałek pojechaliśmy we dwoje do oddalonego od Lizbony o godzinę drogi przepięknego Cascais, o którym wiele słyszałam od przyjaciół. Warto tam było spędzić cały dzień!

Wpis z Cascais tutaj.