Wrzód na mapie Hiszpanii: Gibraltar. Nazwa brzmi całkiem melodyjnie, ale to miejsce, które Anglicy zawłaszczyli w 1713 roku jako swoją wieczystą kolonię i za nic nie chcą się jej zrzec – po więcej patrz np: Wikipedia historia Gibraltaru.

Warto tu przyjechać tylko dlatego, że jest a: po drodze, b: żeby wiedzieć, że nie warto tu wracać. Nie warto, bo a: wszędzie jest bardzo ciasna zabudowa, b: brytyjska bardziej niż hiszpańska po tylu latach, c: żarcie okropne, tłuste fish&chips i temu podobne, d: dużo turystów, c: dużo mieszkańców, w tym młodych informatyków itp. korzystających z niskich podatków. Wszyscy są stłoczeni.

Ale jakby jednak ktoś chciał się dowiedzieć czegoś o tym brzydkim mieście, to polecam profesjonalne blogi podróżnicze, gdzie to miasto jest opisane bardziej bezstronnie np. tutaj🙂

Za nami w miejscu zwanym Europa Point – najdalej na południe wysunięte miejsce Gibraltaru: skała Gibraltarska, meczet i plac zabaw…



Ten pomnik upamiętnia Generała Władysława Sikorskiego, który rozbił się u wybrzeży Gibraltaru nocą z 4/5 lipca 1943 roku.



Typowa brytyjska uliczka…. Hiszpanie są bardziej fotogeniczni.


W międzyczasie pojechaliśmy zwiedzać jedyne warte tu zobaczenia miejsce Jaskinia Świętego Michała.





I wracamy, hurra!


Dalej tego dnia: Jerez de la Frontera.